s. Nikodema Buerger, Św. Br. Andrzej, budowniczy Oratorium św. Józefa

Błogosławiony brat Andrzej z Montrealu

Pewna młoda kulejąca kobieta przyjechała ze Stanów Zjednoczonych do Montrealu, by wyjednać zdrowie dla swojej siostry. Zapytana przez brata Andrzeja, dlaczego nie prosi o zdrowie dla siebie, odpowiedziała, że siostra bardziej go potrzebuje, niż ona, gdyż ma ośmioro dzieci. Brat Andrzej zapewnił, że jej siostra jest już zdrowa i że ma pomyśleć o sobie. Zabrał jej kule i kazał chodzić. Uszczęśliwiona własnym powrotem do zdrowia zadzwoniła do swojej siostry i usłyszała, że ona nagle wyzdrowiała. Brat Andrzej to kolejny świadek miłości, którego prezentujemy na naszych łamach.

Jest to jedno z licznych uzdrowień dokonanych za przyczyną błogosławionego Brata Andrzeja z Montrealu dzięki wstawiennictwu św. Józefa. Relikwie brata Andrzeja od 1 października 2009 roku znajdują się w bazylice – sanktuarium św. Józefa w Kaliszu wraz z jego portretem. Ci, którzy uczestniczyli tego dnia w nabożeństwie pierwszoczwartkowym w czasie X Międzynarodowego Kongresu Józefologicznego byli świadkami wprowadzenia do sanktuarium relikwii tego Błogosławionego – wielkiego przyjaciela św. Józefa.

Kim był brat Andrzej? Jakie było jego życie? Alfred Bessette – tak nazywał się brat Andrzej - urodził się w 1854 r., nie miał łatwego dzieciństwa. Wcześnie stracił rodziców, dlatego też w 12. roku życia zaczął pracować na swoje utrzymanie, mimo bardzo słabego zdrowia. Jednak była to droga przygotowująca go do przyszłej misji.

Szczególną cześć do św. Józefa przekazał Alfredowi proboszcz parafii Saint-Cesaire. Bardzo szybko cześć ta przerodziła się w miłość. Odtąd całe życie starał się naśladować św. Józefa i szerzyć nabożeństwo do niego.

W wieku 25 lat Alfred Bessette wstępuje do Zakonu Świętego Krzyża i przyjmuje imię Andrzej. Podejmuje różne obowiązki, dużo czasu spędza na modlitwie, odznacza się posłuszeństwem i pobożnością.

Zakon Świętego Krzyża prowadził wówczas College dla chłopców, do którego brat Andrzej, po skończeniu nowicjatu, został posłany jako furtian. Szkoła była wybudowana na zachodnim stoku Mount Royal. Brat Andrzej często modlił się w nocy na tej górze ze względu na panującą tam ciszę. Ukrył tam nawet medalik ze św. Józefem i modlił się o możliwość wykupienia tego kawałka ziemi, aby oddawano tam cześć Opiekunowi Jezusa. I rzeczywiście z czasem postawiono tam oratorium, ale bardzo szybko okazało się ono za małe ze względu na licznie przybywających pielgrzymów i chorych. Dziś stoi tam największa na świecie bazylika poświęcona św. Józefowi.

Brat Andrzej stał się apostołem św. Józefa. Miał niesłychany dar przywoływania Cieśli z Nazaretu, przeciwstawiając jego życie pełne posłuszeństwa, uległości i prób, duchowi dumy i zmysłowości panującemu w obecnym świecie. O św. Józefie i całej Najświętszej Rodzinie opowiadał swobodnie i z prostotą, jakby mówił o swoim przodku. Modlił się do niego tak, jakby z nim rozmawiał.

Przy powstałym oratorium potrzebny był kapłan. Został nim mianowany ojciec Adolf Clement, który zrezygnował z profesury ze względu na grożącą mu utratę wzroku. Pewnego wieczoru wyraził bratu Andrzejowi pragnienie, że chciałby służyć oratorium, ale nie jest już w stanie czytać brewiarza i z trudem czyta mszał podczas odprawiania Mszy św. Na co brat Andrzej odpowiedział z prostotą, że jutro będzie mógł czytać swój brewiarz. Ku wielkiemu zdumieniu okulisty ów Ojciec mógł służyć oratorium jeszcze przez 25 lat.Wychodząc codziennie po pocztę odwiedzał chorych. Brał ze sobą nieco oleju z lampki płonącej przed figurą św. Józefa w zakonnej kaplicy i pocierał nią obolałe miejsca, co skutkowało uzdrowieniami. Zawsze wtedy powtarzał, że to nie on uzdrawia, tylko św. Józef. Brat Andrzej żył w nieustannym towarzystwie Opiekuna Jezusa. Wszyscy, którzy przybywali do brata Andrzeja i otrzymywali uzdrowienie byli jakby „krótkowzroczni”, ponieważ oni widzieli tylko brata Andrzeja, jemu przypisując moc cudotwórczą, natomiast nie dostrzegali u jego boku św. Józefa, wielkiego Patriarchy, dzięki któremu wracali zdrowi na ciele czy duszy.

Brat Andrzej całe życie był słabego zdrowia, co nie pozwalało mu na surowe umartwienia. Jednak bezlitośnie umartwiał się nocnymi modlitwami i ciężką pracą, pozwalając sobie jedynie na kilka krótkich godzin snu na sienniku czy materacu na deskach. Siły i odwagę do naśladowania Chrystusa na drodze poświęcenia dawała mu wizja nieba. Powtarzał, że jeśli wiedziemy dobre życie, nie musimy bać się śmierci, która jest drzwiami do nieba.

Po zwolnieniu z obowiązku furtiana w Notre Dame College, gdzie pracował przez 40 lat, dalej ofiarnie poświęcał się chorym. Mówił, że doznane uzdrowienia to wielkie łaski darowane przez Boga, by ci ludzie mogli przejrzeć. Ale mimo to jakby nadal pozostali ślepi. Dlatego jeszcze bardziej rosła u brata Andrzeja gorliwość w leczeniu chorób duszy. Godzenie chorych z Bogiem sprawiało mu największą przyjemność. Kiedy w rozmowach z innymi opisywał niebo, wyglądał, jakby je widział, tak olśniewającą radością promieniowało jego oblicze.

Odszedł do Pana w opinii świętości w wieku 92 lat. Spoczął w bocznej kaplicy naprzeciwko głównego wejścia do kościoła wznoszonego kosztem jego wielu poświęceń. Procesje do jego grobu nie miały końca. Okazywano mu tyle czci i szacunku, jakby już był kanonizowany.

Nie na próżno modlił się i cierpiał. Miliony pielgrzymów przybywa po dziś dzień do Montrealu, by rozważać i zrozumieć życie niewykształconego brata, który poświęcił się całkowicie służeniu swym braciom, biednym, chorym i doświadczonym nieszczęściami. Jego przykład jest szczególnie uderzający w naszych czasach, gdzie wygoda, bogactwo, przyjemności są sprawami najważniejszymi.

Błogosławiony Bracie Andrzeju, wyproś nam u św. Józefa potrzebne łaski, a przede wszystkim nawrócenie dusz, wszak sam powiedziałeś, że dobro zdziałane na ziemi jest niczym w porównaniu z tym, jakiego można dokonać w niebie.

Na podstawie książki Henri Paul Bergeron CSC, „Brat Andrzej cudotwórca z Montrealu”

s. Nikodema Buerger, nazaretanka