Świadectwo z pielgrzymki Domowego Kościoła do Sanktuarium Św. Józefa w Kaliszu Teresy i Ryszarda Janowiczów - 05.04.2008 r

Już na długo przed coroczną pielgrzymką do Kalisza marzyliśmy by z Chełma wyruszył autokar pełen pielgrzymów. W poprzednich latach dojeżdżaliśmy samochodami do Lublina i tam przesiadaliśmy się do autokarów. Nic dziwnego, do Kalisza jeździło na ogół niewielkie grono chełmian. Teraz jednak motywacja do liczniejszego udziału była wielka. Świętujemy bowiem okrągłe dziesięć lat istnienia Domowego Kościoła w Chełmie. Zaczęliśmy to świętowanie jeszcze w listopadzie ubiegłego roku spotkaniem i konferencją z udziałem Eli Ogrodnik - uczestniczki pierwszego kręgu Domowego Kościoła prowadzonego przez ks. F. Blachnickiego. Kulminacją mają być uroczystości w parafii p.w. Świętego Ducha - kolebce chełmskiego ruchu, planowane na koniec maja. Pielgrzymka do Patrona i Opiekuna Rodzin miała być uczczeniem naszego jubileuszu i podziękowaniem za opiekę.

Autokar zamówiliśmy już w lutym. Na wszelki wypadek duży, na pięćdziesiąt miejsc. Kilkunastu chętnych do wyjazdu zgłosiło się szybko, a potem długo nic... Nie napawało to optymizmem, więc Tereska zaproponowała codzienną modlitwę, oczywiście do Świętego Jozefa, no bo do kogoż by? Opiekun Maryi pomógł nam już w nie jednej sprawie. Tym razem też nie zawiódł. Im bliżej było terminu wyjazdu, tym nasze obawy wzrastały, modlitwa była gorliwsza, no to i pielgrzymów przybywało. Czyli normalnie, jak to w bosko-ludzkich sprawach bywa. Oczywiście, tuż przed wyjazdem kilku osobom różne sprawy losowe uniemożliwiły udział w pielgrzymce. Sytuację uratowała 13 osobowa grupa pielgrzymów z Lublina. Dzięki nim autokar można było uznać za wypełniony a i widmo finansowego krachu oddalone. Nie na próżno liczyliśmy, że święty Jozef zatroszczy się by nasza pielgrzymka doszła do skutku. Naprawdę tak z Tereską czuliśmy.

Mając świadomość takiej opieki byliśmy też ufni co do duchowych owoców pielgrzymki. Każdy z uczestników wiózł całe brzemię spraw do przedłożenia świętemu Jozefowi, nie tylko własnych. Jeszcze w podróży docierały do nas telefony od bliskich osób z prośbami o modlitwę. W trakcie podróży był czas i na modlitwę, i na śpiew, i na rozmowę z bliźnim, no i oczywiście na osobiste rozważanie lub odpoczynek. Ksiądz Paweł Jędrzejewski wygłosił piękną konferencję na temat Drogi Światła, którą mięliśmy w Kaliszu przeżyć.

Do sanktuarium dojechaliśmy na krotko przed zawiązaniem wspólnoty. W komunikatach usłyszeliśmy, że siostra Jadwiga Skudro nie przyjechała ze względu na słabe zdrowie. Najpierw smutek, bo jakoś rudno sobie wyobrazić takie spotkanie Domowego Kościoła bez siostry Jadwigi. Ale za chwilę wysłuchaliśmy listu siostry, pełnego ciepła. No i pomysł, że wszyscy piszemy list do siostry. Wspaniale! Przecież można być tak blisko pomimo odległości.

Później, podczas konferencji zadumałem się nad myślą o ogromnej wierze Abrahama. Takiej do końca. Wyruszył do nowej krainy w sędziwym wieku, kiedy inni myślą raczej o umieraniu. Otrzymał syna bo wierzył, chciał złożyć go w ofierze bo wierzył. Czy ja potrafię wierzyć wbrew nadziei? Ta właśnie myśl zdominowała moje pielgrzymkowe przeżycia. Nie opierać ufności na ludzkich kalkulacjach. Czy długo będę o tym pamiętał? Czy potrafię tak pomyśleć gdy będzie trudno? Zbieram te myśli do pielgrzymkowego worka.

Za chwilę rozpoczyna się Droga Światła, nowe przeżycia - Jezus po zmartwychwstaniu spotyka się z apostołami. Swoje słabości usprawiedliwiam ich rozterkami i wątpliwościami. I pytanie: czy potrafię otwierać się na działanie Ducha Świętego by stać się uczniem a nie tylko obserwatorem zauroczonym słowami i czynami Jezusa? Wielkie wrażenie wywiera ilość pielgrzymów. Gdy wyszliśmy z kościoła widać jak nas jest dużo. Robię kilka zdjęć. Pstrykam także ślicznego kucyka skubiącego trawę w parku. Na imię ma Lusiek. Na spotkania z ludźmi liczyłem, spotkanie z koniem też okazuje się sympatyczne. To przelotne spotkanie z pogodnym Luśkiem otworzyło mnie na piękno świata. Cieszę się z parku, roślin śpieszących do wiosny, rozśpiewanych ptaków. Tego nastroju nie psuje nawet „zagrożenie” ze strony licznych wron kraczących wysoko na drzewach. Myślę sobie, że nie zawsze potrafię być wdzięczny Bogu za świat.

Czas wolny spędzamy z Tereską przed obrazem Świętego Jozefa. Mamy wiele spraw i wiele dziękczynienia. Półtorej godziny mija bardzo szybko. Podczas mszy świętej czuję jakąś wielką jedność kilku tysięcy ściśniętych ludzi. Chyba inni myślą podobnie. Wszyscy śpiewają całym sercem, bazylika chyba się trzęsie od tego choru. Widzę, że mimo ciasnoty i niewygody ludzie starają się sobie nawzajem pomagać. Warto doświadczyć takiej wspólnoty nie tylko duchem ale i niewygodą. Podczas mszy w darach zaniesiono odlany ze złota znak Domowego Kościoła - wotum dziękczynne za 10 lat opieki świętego Jozefa nad naszym ruchem. Przed rozpoczęciem mszy próbowałem to wotum sfotografować. W ścisku i w ruchu trudno taki błyszczący przedmiot sfotografować ale jakaś pamiątka jest. Na zakończenie mszy odmawiamy akt oddania Domowego Kościoła w opiekę świętemu Jozefowi. Razem z Tereską odbieramy to także osobiście jako uwieńczenie naszych dotychczasowych modlitw.

W drodze powrotnej spodziewaliśmy się utrudzonej ciszy, no i może chrapania. Tymczasem autokar chyba do północy rozbrzmiewa pieśniami. W słowach nie da się lepiej opisać stanu ducha naszych pielgrzymów. To rozśpiewanie mówi wszystko! Już w domu, po krótkim odpoczynku doświadczamy pierwszych owoców pielgrzymki do św. Jozefa. Otóż dzwoni Leszek z prośbą o dostarczenie rozważań do Drogi Światła (mówiliśmy bowiem, że takie nabożeństwo jest w naszej parafii odprawiane) bo oni już postanowili jako Domowy Kościół poprowadzić ją w swojej parafii.

W czerwcu posługę pary rejonowej przejmie od nas inne małżeństwo, które także zawierzyliśmy św. Jozefowi, ale trwa w nas nadzieja, że także w przyszłym roku pojedzie z Chełma do Kalisza autokar wypełniony pielgrzymami.


Z: Sanktuarium w Kaliszu