Łaski: Ufam w jego pomoc

"Jestem czcicielką św. Józefa. Od kilku już lat odmawiam litanię do świętego Józefa - znam ją na pamięć. Jeśli jestem w Kaliszu, to wstępuję do sanktuarium, choć na chwilę, aby się pokłonić Świętej Rodzinie" - tymi słowami rozpoczyna świadectwo zamieszczone w Księdze Cudów i Łask sanktuarium św. Józefa Zofia Majak z podkaliskiego Liskowa. W swoim życiu doświadczyła bardzo wielu łask, które wiąże ze wstawiennictwem Opiekuna Rodzin.

Zofia Majak jest mężatką. Ma dwoje dzieci. Córka Katarzyna studiuje medycynę, syn Rafał uczy się w szkole. Majakowie mieszkają na wsi i posiadają małe gospodarstwo rolne. Pracuje tylko mąż. Nie jest im łatwo, ale jakoś wiążą koniec z końcem. Życie Zofii Majak rozświetla głęboka wiara przekazana jej przez rodziców.

Postacią Opiekuna Pana Jezusa zainteresowała Zofię przebywająca w parafii służebniczka starowiejska Beatriksa. Ziarno padło na żyzny grunt. Kobieta nauczyła się litanii oraz modlitw do św. Józefa. Powierzyła mu całą swoją rodzinę. Szczególnie mocno związała się ze św. Józefem w 1986 r. podczas choroby córki, która leżała w szpitalu z zagrażającą jej życiu wadą serca. W podjęciu trudnych decyzji o koniecznych operacjach pomógł im św. Józef, a zwłaszcza wstawiennictwo szczególnie polecanego przez siostry służebniczki starowiejskie bł. Edmunda Bojanowskiego. Prosząc o uzdrowienie dziecka - mimo swoich chorych nóg - powędrowała 30-kilometrową trasą w pieszej pielgrzymce z Liskowa do Kalisza - do św. Józefa. Córka wyzdrowiała. - Pan Jezus dotknął mnie wówczas łaską, doświadczyłam cudu, a moja wiara bardzo się pogłębiła - mówi Zofia Majak.

Wiara kontra sceptycyzm
Bezgraniczne zaufanie pokładane przez kobietę w osobie św. Józefie spotykało się jednak z niezrozumieniem. Sceptykiem okazała się także... Anna, matka Zofii. Mimo, że była bardzo religijna nie wierzyła, że św. Józef może znaleźć rozwiązanie dla problemów nękających ich rodzinę. - "Już ci tu św. Józef przyjdzie z pomocą" powiedziała, ganiąc mnie za modlitwę do świętego - relacjonuje Zofia Majak. - Było mi przykro i poczułam się bardzo dziwnie, zabolało mnie to. Przecież przez cały czas ewidentnie nam pomagał.

Coś go natchnęło
Wkrótce św. Józef przypomniał, że jest patronem dobrej śmierci. W kwietniu 1997 r. matka Zofii Majak ciężko zachorowała. Zabrano ją do szpitala w Kaliszu. "Tak się złożyło, że we wtorek nikt z rodziny nie mógł mamy odwiedzić" - opisuje kobieta, która w tym czasie sama miała poważne kłopoty ze zdrowiem. W wspomniany wtorek poczuła się jednak nieco lepiej i bardzo chciała jechać do chorej matki. Na przeszkodzie stanęły jednak popołudniowe badania, na które była zapisana w pobliskim Ośrodku Zdrowia. "Wracając po południu z ośrodka wstąpiłam do siostry. W tym momencie nadjechał samochodem szwagier Stanisław i mówi, że wracał z dalekiej trasy i miał już nie wstępować do szpitala, ale koło sanktuarium św. Józefa coś go natchnęło, żeby wstąpić. Zawrócił i pojechał do szpitala. Dowiedział się, że z mamą jest bardzo źle i musimy jechać, bo jest nieprzytomna. Kiedy to usłyszałam, to zrozumiałam, że właśnie św. Józef przyszedł mi z pomocą" - pisze Zofia Majak. Przez całą drogę do szpitala kobieta modliła się o to by zastać mamę jeszcze przy życiu. Miała wyrzuty sumienia, że nie odwiedziła jej rano. Z duszą na ramieniu weszła do szpitalnej sali. Stan Anny był ciężki, ale kobieta była jeszcze przytomna. "Mimo że mama była podłączona do tlenu, rozmawiałyśmy o wszystkim - byliśmy w szpitalu trzy godziny" - relacjonuje Zofia Majak. Od leżących w pokoju chorej pacjentek dowiedziała się, że matka bardzo czekała na jej przyjazd. Według ich relacji Anna o godz. 12 w południe straciła przytomność, którą odzyskała całkowicie ok. 17.30, kiedy Majakowie dotarli do szpitala. Po trzech godzinach wizyty chora zaczęła być śpiąca - odwiedzająca ją rodzina wróciła więc do domu. Rano Zofia Majak dowiedziała się, że jej matka zmarła. "Chcę podziękować św. Józefowi za łaskę pożegnania mamy i za łaskę Jej spokojnej śmierci" - napisała w Księdze Cudów i Łask.

Łazienka, rower i CO
Św. Józef od lat pomaga Majakom w rozwiązywaniu mniej lub bardziej prozaicznych rodzinnych problemów. Tak było z wymarzoną łazienką i centralnym ogrzewaniem. Zawsze tego pragnęli. Realizacja ambitnych zamierzeń napotykała jednak na wiele przeszkód. "Wiązało się to z dobudowaniem werandy. Mój mąż pochodzi z miasta i nie zna się na sprawach budowlanych, a funduszy zawsze brakowało" - opowiada Zofia. Pobożna kobieta poleciła tę sprawę św. Józefowi. "W dwa miesiące później szwagier przyszedł nam z pomocą i mimo wielu wyrzeczeń w sezonie 1998-99 mieliśmy już CO i łazienkę" - mówi. Znalazły się pieniądze, znalazł się wykonawca, który pokierował pracami. Podobnie było z... rowerem. "Kiedyś pomyślałam, że muszę sobie - jak się da - kupić rower. Za około dwa tygodnie znajomy zatrudnił męża przy wywozie śmieci, a przy okazji porządków wyrzucił też rower, który był w dobrym stanie. Teraz się cieszę, że mogę na nim jeździć" - opisuje.

Szczególnej interwencji kobieta przypisuje także to, że jej córka dostała się na studia. - Nie jeździła przecież na żadne kursy, a dostała się na studia medyczne za pierwszym razem - mówi. Teraz modli się za nią, by mogła je szczęśliwie ukończyć. Jakoś sobie z tym radzą także pod względem materialnym. - Kiedyś myślałam, jak my sobie poradzimy, jeśli nasza córka będzie chciała studiować. Szczęśliwi jesteśmy, że Bóg dopomógł - dodaje.

Na kłopoty... św. Józef
Opiekun Rodzin pomaga także w sprawach trudniejszych. "W styczniu 2000 r. skierowano mnie na operację. Powierzyłam siebie św. Józefowi - w nim więc, w jego pomocy upatrywałam ratunku dla siebie. Po operacji stwierdzono, że nowotwór, którego miałam był łagodny." Po nerwach związanych z podejrzeniem raka i po powrocie ze szpitala czekał ją kolejny cios. Zofia Majak dowiedziała się, że jej mąż został zwolniony z pracy. Bardzo to przeżywali. Mąż usiłował odwołać się do sądu. Na próżno. Skuteczniejszy od sądu okazał się św. Józef i Opatrzność Boża, któremu powierzyli sprawę pracy i utrzymania rodziny. Schorowana kobieta powoli powraca dziś do zdrowia, a jej mąż znowu pracuje.
Więcej dziękczynienia!
Mimo dość trudnej sytuacji materialnej Majakowie nie narzekają. "Mąż martwi się, co będzie jutro, ale ja ufam w pomoc św. Józefa. Środki do życia znajdują się, dziękujemy Bogu za to, co mamy, a mamy wiele - mamy ciepło, dzieci uczą się dobrze, mamy co jeść i kładziemy się spokojnie spać. Stanowimy rodzinę miłującą się razem (...) - trzyma nas rodzinna więź" - kończy swoje pisemne świadectwo Zofia Majak.

- Wiem, że św. Józef jest szczególnym opiekunem rodzin. W modlitwach polecam mu całą rodzinę. Kiedy tylko mogę, uczęszczam na Msze święte i przyjmuję Eucharystię. Życie niesie ze sobą wiele pokus, musimy przezwyciężać wiele trudności, czasami jest nam ciężko, ale dziękuję Bogu i za to, bo pewnie to wszystko jest potrzebne. Kiedy spotykam się z ludźmi, którzy narzekają, mówię im, że w naszym życiu jest za mało dziękczynienia. Nie dziękujemy Bogu za to, że mamy spokojny sen, że mamy co zjeść na śniadanie, że mamy chleb i spokój - nie ma powodzi, nie ma wojen, nie musimy nigdzie uciekać. Za to wszystko powinniśmy Panu Bogu bardzo dziękować - dodaje Zofia Majak.
Henryk Bejda

W: Cuda i łaski Boże, nr 4/2004